Z serii przemyślenia:
Tak sobie myślę, na ile
jesteśmy fair wobec innych, a na ile inni są fair wobec nas. Nie jestem teraz w
stanie powiedzieć, czy od zawsze mnie „uczono” być miłym, dobrym dla drugiego
człowieka, czy raczej jest to coś, co nabyłam po wkroczeniu swojego umysłu w
wiek „w którym używa się mózgu” ( specjalnie w nawiasie, ponieważ, każdy ten
etap rozpoczyna w innym wieku).
Przyjmijmy, że rodzice uczą nas szeroko rozumianej empatii do innych. Ja
jakoś dojrzałam do poczucia, że człowiekowi należy się miłe słowo albo
przynajmniej neutralne traktowanie. Co się jednak dzieje, gdy cała konstrukcja
„fair wobec innych” legnie w gruzach? Jakieś pół roku temu, może trochę
wcześniej naszło mnie przemyślenie, związane z obserwacją otoczenia, że sporo
ludzi wymaga, abyśmy ich dobrze traktowali, chwalili, czy wręcz uznawali to, co
mówią za jedyną i słuszną racje, a sami tego, od siebie nie dają. Nie uważają,
że drugiemu człowiekowi też należy się czasem jakiś komplement. Bo po co?
Przecież każdy wie, że ma jakiś talent, wrodzone predyspozycje, etc. Przecież
Zosia wie, że piecze pyszne ciasta, po co mam jej to mówić, nie daj Boże
poczułaby się jak narcyz…. Ale całkiem było to miłe, że wspomiała o mojej
pięknej, nowej, zaprojektowanej przeze mnie kuchni.
Mówiąc innym miłe słowa,
często nie uzyskiwałam żadnego feedbacku i nie chodzi mi tutaj o to, że od razu
chciałabym być wychwalana pod niebiosa, ale często miałam wrażenia, że dana
osoba nie do końca była świadoma tego, że ktoś mówi coś znaczącego, jakby ten
komplement i tak się jej należał i basta. Wręcz błahostką jest, że ktoś jej o
tym mówi. Wewnętrznie, czy podświadomie
jednak się to docenia, warto przyjąć też do siebie fakt, że nie jest się osobą,
której się wszystko należy i potraktować komplement jako uznanie. Oczywiście
można także spekulować na temat szczerych i nie szczerych komplementów, myślę
jednak, że nawet za te nieszczere można podziękować i utrzeć nosa
wypowiadającemu się.
Wykonuję pewne rzeczy,
które wymagają oceny, tak po prostu rzetelnego omówienia tego, co robię, jednak
ilekroć spotkałam się z totalnym zlaniem w momencie, gdy było pozytywnie, fajnie,
żadnego potwierdzenia, że jest dobrze, ja się muszę tego domyślić tylko.
Natomiast w momencie, gdy właściwie proporcjonalnie, nie zrobiłam sporo błędów,
które znacząco wpływałyby na jakość wykonywanych rzeczy, zostałam paskudnie
zrugana. Jak to do cholery jest, że chwalić nie chcemy, natomiast w wytykaniu
błędów jesteśmy mistrzami… ja nie wiem, lepiej się nam wtedy robi, czy co?
Jestem dość impulsywną osobę i mam już wręcz uczulenie na takie zachowanie,
ilekroć aż się we mnie gotuje, żeby coś powiedzieć, jednak skończyłoby się
zapewne na tym, że ktoś by stwierdził, że nie umiem przyjmować krytyki. No
dobrze ja to wszystko rozumiem, jasne, że my jako ludzie mamy często problemy z
krytyką, jednak jest różnica pomiędzy pokazaniem tego, co było złe, jak to naprawić,
przy okazji dodanie co było oprócz tego fajne, a nie namiętnym opieprzaniu,
często (ok., nie zawsze) tylko po to, że dzięki temu nam się jakoś lepiej
zrobi, pokażemy swoje „znawcze” oko i wrodzoną ocenę rzeczywistości.
Ot takie przemyślenie,
może wiele z was nie widzi w tym problemu jakiegoś, jednak wiem, że dla wielu
innych jest to problem, w szczególności, gdy często muszą się z tym zmierzać.